Fragment książki (I)

„Czarny Maciek i wenecki starodruk”


Śledztwo

Siedzieliśmy w Szałasie Herkulesa i trajkotaliśmy w najlepsze. Okazało się, że Kaśka wykombinowała taki niby klub detektywów. Mówiła o różnych sposobach prowadzenia śledztw, jakby była zawodowym pracownikiem dochodzeniówki. Widać, że naprawdę miała bzika na punkcie tego klubu. Ale dlaczego nie? W końcu to na serio świetny pomysł. Wszystkim nam stuknęła już czternastka, więc fajnie było mieć własną paczkę. I zajmować się czymś innym niż wszyscy.

– Na pewno nikt nie wie o tym miejscu? – zapytałem, kiedy opuszczaliśmy Szałas.

– Raczej nikt – odparła.

– A okoliczne pijaczki? Przecież to dla nich wymarzona melina.

– Oni tu nie zaglądają.

– Skąd wiesz?

– Bo zostawialiby po sobie jakieś ślady. Wiecie – puste butelki albo inne rzeczy. A ja tu jestem już od miesiąca i niczego takiego nie było. Poza tym oni wolą przesiadywać na skwerku.

– Przy tym całodobowym sklepie?

– Oczywiście. Tam zawsze ktoś się kręci. Ktoś, od kogo mogą wysępić na wino. A potem idą pić do parku za przystankiem. A to jest przecież po drugiej stronie osiedla, więc tutaj raczej nam nie zagrażają.

– W porządku – podsumował krótko Kisiel.

– Wspomniałaś, że wiesz, czym moglibyśmy zająć się na początek – zagadnąłem, kiedy przedzieraliśmy się przez krzaki w stronę starego pawilonu.

– Tak. Pamiętasz tę aferę w sali komputerowej?

– U nas w budzie?

– Aha.

– No pewnie.

– Mówicie o tej drace z myszkami? – włączył się Paweł, odgarniając ostatnią gałąź. – O co tam dokładnie chodziło?

– Właśnie o tej – potwierdziła. – Wiesz, my mamy myszki bezprzewodowe, ale potrzebne są baterie – zwykłe paluszki – żeby działały. I któregoś dnia ktoś ukradł wszystkie baterie. Więc nie mogły działać i zrobiło się straszne zamieszanie. Dyrek, latanina po szkole – ogólnie młyn jak sto diabłów. A informa była wtedy „na sucho”. Bez sprzętu.

– A tak. Pamiętam.

– Do tej pory nie wykryto sprawcy – dodałem.

– Chciałabym, żebyśmy się zajęli właśnie tą sprawą.

– Myślisz, że damy radę?

Doszliśmy do końca tylnej ściany dawnego magazynu. Zatrzymaliśmy się jak na komendę.

– Dyrkowi się nie udało. – Kisiel wzruszył ramionami. – A ty? Jak chcesz to zrobić?

– Po pierwsze, dyrek nie wie tego, co my, bo prawie nie wychyla nosa zza biurka. Po drugie, nie „ja”, tylko „my” to zrobimy – dodała i uśmiechnęła się.

Paweł pokiwał głową.

– Więc? – zapytałem.

– Pogadajmy o tym jutro w szkole, dobra? – Spojrzała na nas pytająco.

– Dobra – zgodziłem się.

– A teraz uwaga! – Rozejrzała się czujnie. – Byłoby lepiej byłoby, żeby nikt nie widział, jak wychodzimy zza „buciarni” całą gromadą. Proponuję pojedynczo – będzie mniej podejrzeń. Gdyby oczywiście ktoś nas zauważył.

– Ależ Kaśka! – zaoponowałem. – Przecież my nie robimy niczego złego!

– Jasne, że nie. Ale jeżeli ktoś zwróci uwagę na grupkę wyrostków, którzy od czasu do czasu łażą w to miejsce, to wiecie… – Pokręciła dłonią w powietrzu.

– Kumam. Lepiej nie zwracać na siebie uwagi. Szkoda by było Szałasu…

– Pewnie – zgodził się Kisiel.

– No, to ja idę pierwsza – zadecydowała. – A wy po mnie, ale najlepiej też osobno. Liczcie do stu i dopiero…

– Dobra, dobra. Idź już, bo mnie w domu prześwięcą. – Spojrzałem na komórkę. – Miałem być za godzinkę, a już prawie mijała druga.

– Właśnie! A rodzice? – wypalił nagle Paweł.

– Myślę, że im też nie powinniśmy nic mówić – odparła szybko. – Zaraz zaczną się wypytywania, zakazy, nakazy i teksty, że „takie rzeczy lepiej zostawić dorosłym”.

– Aha. Nie pomyślałem o tym.

– Więc mamy kłamać? – Nie kryłem zdziwienia.

– Nie. A właściwie tak.

– Zdecyduj się wreszcie.

– Myślę, że w pewnych sytuacjach nie musimy mówić CAŁEJ prawdy, a w innych trzeba będzie cyganić.

– To ja się na to nie piszę!

– Ale cyganić w słusznej sprawie.

– Nie, nie i jeszcze raz nie! Co powiem, kiedy będziemy się tu mieli spotkać następnym razem?

– O rany! Wymyśl coś. Na przykład, że idziesz grać z chłopakami w piłkę. W parku jest tyle miejsc, w których można grać w piłkę, że nawet gdyby cię ktoś szukał, to zawsze możesz powiedzieć, że akurat graliście gdzie indziej albo poszliście do sklepu kupić wodę.

– Wodę?

– No tak. Jak się gra w piłkę, to zazwyczaj chce się pić.

– Kaśka! Żeby było jasne. Ja nie chcę brać udziału w żadnych mętnych sprawkach.

– Ja też nie – Kisiel poparł mnie stanowczo.

– No to świetnie się składa, ponieważ ja również niczego takiego nie mam w planie. Chcę tylko, żeby nasza paczka działała w całkowitej konspiracji. Kumacie? Nikt nie musi wiedzieć, że mamy Szałas Herkulesa, tak samo jak nikt nie musi wiedzieć, że staramy się… – szukała właściwego słowa – …pomagać w szkole. W końcu nie będziemy tego robić dla sławy, prawda?

Z tym argumentem trudno było się nie zgodzić. Ale i tak pokręciliśmy głowami, co miało oznaczać, że ciągle nie jesteśmy przekonani. Kisiel spojrzał w dół, grzebiąc czubkiem buta pomiędzy dwoma betonowymi płytami, które wyłożono za pawilonem.

– To… jak będzie? Zgadzacie się na tę konspirację? Bo jak starzy się dowiedzą, to klapa murowana. Zresztą wolę nie krakać.

Spojrzałem znowu na Pawła. Chyba nie chciał podejmować decyzji za nas obu.

– Możemy spróbować – odezwałem się.

– Tak – odparł cicho. – Możemy. Ale ostrzegam, że jeżeli przestanie mi się podobać w tym twoim… klubie, to z miejsca odchodzę i więcej na mnie nie liczcie. I to bez odwołania i bez tłumaczenia. Zrozumiano?

– To twoje prawo – zgodziła się. – Ale mam nadzieję, że i wtedy będziesz umiał trzymać język za zębami.

– O to nie musisz się martwić.

– Spoko. No, to jesteśmy umówieni. Aha! Właśnie. Przyjdźcie jutro do szkoły trochę wcześniej. Spotkamy się w tym małym korytarzyku przed biblioteką.

– Wcześniej? To znaczy o której?

– Powiedzmy piętnaście po siódmej?

– Może być.

– O tej porze jest tam pusto. Omówimy plan działania w spokoju.

Przyznam, że miałem ochotę roześmiać się na cały głos. Bo to zabrzmiało tak poważnie, że… Ale tylko skinąłem głową.

– A teraz już spadamy – zadysponowała… rozdzielcie się.

I tyle ją widzieliśmy. Pognała za węgieł budynku, a my zostaliśmy, spoglądając raz po raz na siebie.

– Zaskok, co? – spytałem.

– E, tam…

– Nie gadaj, nie gadaj! Nigdy w życiu nie spodziewałbyś się po niej czegoś takiego.

– A ty byś się spodziewał?

– Jasne, że nie – przyznałem zgodnie z prawdą.

– Ale powiedz sam, Czarny. Pomysł jest fajny?

– Pewnie, że fajny. Obawiam się tylko, jak to wyjdzie w praniu.

– Zobaczymy.

– Otóż to. Zobaczymy… – powtórzyłem. – W porządku. Zmiataj do chaty. Ja pójdę ostatni.

Klepnąłem go w ramię. Poszedł. Policzyłem do trzydziestu, bo dalej już mi się nie chciało, i ruszyłem w stronę zabudowań naszego osiedla. Zapadał zmierzch. Niedawno w TVN-ie mówili, że dni będą coraz dłuższe, ale wciąż jeszcze wieczór nadchodził bardzo szybko.

Mama nie bardzo się zdziwiła, że przyszedłem później, niż obiecałem, co z kolei zdziwiło mnie. Bez szemrania umyłem ręce i zabrałem się do odrabiania lekcji. Nie było tego dużo, więc poszło mi dosyć sprawnie. Potem postanowiłem pograć w jakąś gierkę na moim kompie. Wybrałem Settlersów i wtedy przyszła mama. Przyniosła kanapki i powiedziała, że chętnie się poprzygląda, jak zdobywam kolejne krainy. O raju! Siedzieliśmy dobre dwie godziny, zanim wygoniła mnie do kąpieli. Kiedy wróciłem, zastałem świeżo zmienioną pościel. Rzuciłem się na łóżko i niemal od razu zasnąłem.

Kiedy się obudziłem, za oknem było już jasno, ale w domu panowała kompletna cisza. Zerknąłem na ścienny zegarek i stwierdziłem, że jest dopiero za pięć szósta. Ale skoro miałem przyjść dziś do budy wcześniej niż zwykle, należało już wstać. Najciszej, jak tylko umiałem, umyłem się, ubrałem i posłałem łóżko. Zdążyłem nawet z rozpędu trochę posprzątać w pokoju. Wtedy przez uchylone drzwi zajrzała mama.

– Skoczyłbyś na dół do sklepiku po masło? Pieniądze zostawiłam na szafce w przedpokoju.

Jasne. Dlaczego miałem nie skoczyć? Kiedy wróciłem, okazało się, że tato też już nie śpi, a śniadanie jest przygotowane dla całej naszej trójki.

– Proszę – powiedziałem, kładąc masło i resztę na kuchennym blacie.

– I wyobraź sobie, Marku, że Mati już nie spał, gdy do niego zajrzałam – opowiadała rozpromieniona mama.

Mówi na mnie Mati tylko w wyjątkowych sytuacjach. Normalnie jestem Maćkiem, Maciejem lub Maciejką. Kurczę! Coś od wczoraj musiało być nie halo. Albo przynajmniej tak mi się zdawało.

– No, no – odezwał się ojciec, pałaszując parówki z keczupem. – Zwykle ciężko cię zwlec z łóżka, a tu proszę, proszę…

Zasiadłem do śniadania, a mama postawiła przede mną talerzyk z trzema parującymi jeszcze kiełbaskami.

– Uważaj, gorące – ostrzegła po swojemu.

Typowe! Tak jakbym nie wiedział, że jak się coś gotuje, to jest gorące. Usiadła po drugiej stronie stołu i spojrzała na mnie z uśmiechem.

– Bo my z tatą… właściwie mamy do ciebie jedno pytanie.

No proszę! A jednak coś było na rzeczy!

– Słucham – starałem się nadać swojemu głosowi jak najbardziej obojętny ton.

– Czy ty się, Mati, aby nie zakochałeś?

– Co takiego?! – O mało się nie zadławiłem kawałkiem parówki.

– No, wiesz… Może poznałeś jakąś dziewczynę? Albo zacząłeś się z kimś spotykać?

Czyżby ktoś widział mnie z Kaśką? I doniósł moim rodzicom. Ale to nie miało sensu. Przecież i Kisiel tam był. Nie, to nie mogło być wtedy, gdy spotkaliśmy się przy Szałasie Herkulesa. A więc kiedy?

– Nie, nie poznałem, nie spotykam się i w ogóle… co to za pomysły? – mówiąc to, czułem, że się czerwienię.

– Ale musisz przyznać, że wczorajsze spotkanie z Pawłem zajęło ci trochę więcej czasu i wróciłeś jakiś taki odmieniony.

Przeklęta Kaśka! Zmusiła nas do tajemnicy, i mało tego – przekonała, że czasami trzeba kłamać. A teraz starzy mają głupie podejrzenia.

– To może dlatego, że postanowiliśmy z Kisielem założyć drużynę – coraz bardziej się czerwieniłem.

– Drużynę?

– Tak. Piłkarską. Chcemy skrzyknąć kilku chłopaków i pograć w nogę. Może nawet zmierzyć się z tymi, którzy mieszkają po drugiej stronie parku. Kisiel obiecał, że pogada ze swoim wujkiem w sprawie jednolitych kostiumów.

– A co robi jego wujek? Jest krawcem?

– Nieee… – Otarłem czoło, starając się nie zaplątać do reszty w to ohydne kłamstwo. – Pracuje w klubie sportowym i czasami każą mu wyrzucać stare stroje sportowe, więc wymyśliliśmy, że my się nimi „zaopiekujemy”. Wypierze się i będzie git!

– Ciekawe, kto zapłaci za proszek do prania i tak dalej? – zapytała mama, kręcąc głową.

– No, no! – ojciec chyba się zachwycił. – Godne pochwały. Zamiast zbijać bąki na osiedlu, można zdrowo spędzić czas i do tego w duchu sportowej rywalizacji.

Mama nie była tak entuzjastycznie nastawiona do mojego pomysłu, ale… udało się! Co dziwniejsze, przyszło mi to łatwiej niż inne tłumaczenia, kiedy mówiłem prawdę, a nie potrafiłem się sensownie wysłowić. Tato na szczęście był zapalonym kibicem sportowym. I to nie tylko piłkarskim. Wsunąłem parówki najszybciej jak tylko mogłem, złapałem zawiniątko z drugim śniadaniem i wymknąłem się z kuchni.

– Synku, a skąd ten pośpiech? – zawołała za mną mama.

– Muszę dziś wcześniej wyjść do szkoły. Mamy coś do omówienia z Kisielem w sprawie… no w tej wczorajszej sprawie – i to już była prawda.

Wrzuciłem drugie śniadanie do plecaka, dopakowałem jakiś zeszyt, o którym wczoraj zapomniałem, i pędem przewinąłem się przez przedpokój, a potem wybiegłem na schody. Rodzice na szczęście nie zatrzymywali mnie już dłużej. Leciałem jak szalony aż do warzywniaka pana Zawartki. Tutaj musiałem zakręcić z Kolorowej w Malinową. To najlepszy skrót do naszej budy. Kiedyś na Malinowej stały dwa stare domy i nie dało się tędy przejść, ale gdy je wyburzono, można było zaoszczędzić dobre pięćset metrów. Pech chciał, że na zakręcie – tuż przed warzywniakiem – grunt był nieco grząski i o mało nie wywinąłem orła. To znaczy prawie rymsnąłem jak długi, ale upadek zakończyłem superpodpórką tak, że tylko dłonie miałem usmarowane błotem jak nieziemskie stworzenie. W szkole musiałem więc najpierw odwiedzić toaletę, w której… natknąłem się na Kisiela, czyszczącego swoje spodnie.

– A ty co? – zapytałem ze śmiechem.

– Szlag by to trafił! – zaklął. – Lepiej nie mówić. Dochodziłem już prawie do budy, kiedy wielka ciężarówka chlapnęła na mnie błotem. Wiesz, wjechała w kałużę i było po sprawie. Zabrakło mi może z pięć metrów, a byłbym już za furtką.

Spojrzałem na jego spodnie, a potem zabrałem się do szorowania rąk.

– Na szczęście to tylko kilka plamek – pocieszał się. – I na dżinsach tak bardzo nie widać.

Potem musiałem – oczywiście ze szczegółami – opowiedzieć moją przygodę pod warzywniakiem pana Zawartki, aż w końcu wypucowani do czysta wyszliśmy z łazienki i skierowaliśmy się w stronę naszej szkolnej biblioteki. Kaśka miała rację. To było najlepsze miejsce, żeby o tej porze spokojnie pogadać. Korytarz, znajdujący się w naszej szkole za rzędem szatni na parterze, kończył się zakrętem w prawo, gdzie nieco się rozszerzał i prowadził do biblioteki. Ustawiono tutaj kilka krzesełek, a na ścianach wisiały plakaty, reklamujące książki młodzieżowe i ogólnie rzecz biorąc propagujące czytelnictwo – z akcentem na lektury szkolne. Górecka już na nas czekała.

– Macie trzy minuty spóźnienia – przywitała się.

– Bo my… – zaczął Kisiel.

– Nie przesadzaj! – burknąłem.

– Nie przesadzam. Chcę tylko, żebyśmy byli słowni. Jak umawiamy się na piętnaście po siódmej, to ma to być piętnaście po siódmej.

– Dobra, Kaśka. Przepraszamy – rzuciłem na odczepnego. – Możemy w końcu pogadać o tym, co trzeba?

– Czarny! Nie można lekceważyć takich rzeczy. Musimy na sobie polegać.

– Dobra! – wrzasnęliśmy razem z Kisielem.

– Mówisz do nas, jakby od tych trzech minut miały zależeć losy świata albo czyjeś życie.

– Kiedyś może zależeć – odparowała.

– Bez jaj! Nie zapisaliśmy się przecież do CIA, tylko mamy tworzyć paczkę… yyy… Hubertusa – bronił się Paweł.

– Herkulesa! – poprawiła go natychmiast.

– W porządku. Herkulesa. Czy to oznacza, że zabijesz nas za głupie trzy minuty?

– Słuchajcie – starałem się ich udobruchać. – Zajmijmy się czymś sensownym, bo sprzeczamy się trochę dłużej niż trzy minuty.

Zamilkli posłusznie.

– Ale przynajmniej moglibyście już następnym razem przyjść punktualnie.

– Dobra! – zawołaliśmy znowu razem.

Wzięła głęboki wdech.

– No, to w porządku – uśmiechnęła się. – Dzisiaj, tak jak już wspominałam, chciałabym, żebyśmy się zajęli sprawą tych skradzionych baterii.

– A nie uważasz, że to zbyt błaha sprawa? – zauważył Kisiel.

Zmrużyła oczy.

– Wczoraj baterie, dzisiaj całe myszki, a jutro co? Może komputery? Złodziej, kiedy się go nie wykryje, staje się coraz zuchwalszy i coraz bardziej zachłanny.

– Nie sądzisz chyba, że ktoś, kto zwinął kilka paluszków, szarpnie się na nasze szkolne komputery?

– Nie sądzę – odparła spokojnie. – Ale myślę, że jeśli mu się teraz upiecze, to w przyszłości może wyrosnąć na gorszego złodzieja, a wtedy nie wiadomo, co takiemu strzeli do głowy.

– Zgadzam się – potwierdziłem.

– Więc?

– Zrobimy tak – kontynuowała. – To się stało w zeszłym tygodniu, we wtorek. Czarny – zwróciła się do mnie – sprawdzisz, kto miał w tym dniu informatykę. To znaczy, które klasy.

– Ale jak? – starałem się oponować.

– To już twoja sprawa.

– Super.

– Kisiel.

– No?

– Ty z kolei na każdej przerwie rozejrzysz się uważnie po korytarzach.

– Co?

– Połazisz po korytarzach i poczynisz konkretne obserwacje. Może zauważysz coś podejrzanego. Może… sam zresztą wiesz! Notes do ręki i notujesz. Nie widziałeś tego nigdy na filmach? Jak inspektor.

– Gadżet – dodałem i razem z Kaśką wybuchnęliśmy śmiechem.

– Ale śmieszne – skrzywił się kumpel. – Dobra, wiem, o co chodzi.

– A co ty będziesz robiła? – zapytałem.

– A ja poobserwuję salę informatyczną i sprawdzę, czy nie ma tam jakichś śladów.

– Jakich śladów? Odcisków palców? – nadal miałem ochotę pożartować.

– Jasne, że nie. – Wzruszyła ramionami. – Ale coś czuję, że dyrektor zlekceważył tę kradzież i nie kazał wystarczająco dokładnie sprawdzić wszystkiego.

– W porządku.

– A co potem?

– Słuchajcie. Konspiracja obowiązuje nas również na terenie szkoły. Nie gadamy ze sobą podczas przerw na ten temat. I ogólna uwaga – starajcie się zachowywać normalnie, żeby nikt niczego nie zaczął podejrzewać. W Szałasie Herkulesa spotykamy się o szesnastej trzydzieści. Punktualnie! – Ostatnie słowo wypowiedziała z naciskiem, spoglądając na Pawła.

– OK – zgodził się.

– Pasuje – skinąłem głową.

– A teraz rozchodzimy się i idziemy na lekcje.

– I miałaś nie być szefem paczki. – Kisiel westchnął.

– I nie jestem.

– Ehe, widzę…

– Nie przesadzaj.

– Ale ja bym chciał, żeby mój głos też się liczył.

– Więc?

– Niech Czarny węszy po korytarzach, a ja się zajmę rozpracowaniem planu lekcji.

– Czarny? Co ty na to?

– Może być – odparłem zgodnie.

„Ciekawe, jak on to załatwi?” – pomyślałem. Ale sam się o to prosił.

– W porządku, więc wszystko ustalone – rzuciła na odchodne.