Fragment książki (II)

„Czarny Maciek i wieża śmierci”


Kula

Biegliśmy co sił, prawie przez cały las. Zatrzymaliśmy się dopiero, gdy zobaczyliśmy pierwsze zabudowania naszego miasta. Przystanęliśmy na chwilę, pochyliliśmy się, łapiąc za kolana i dyszeliśmy ciężko.

– Co… Co teraz? – wystękała Baśka.

– Dom Partii – odparłem.

– Co? Dlaczego?

– Może zdążymy go powstrzymać.

– Kogo? Stróża?

– Aha.

– Powstrzymać? – wyprostowała się.

– No to chociaż przeszkodzić! – nie wytrzymałem. – Przecież musimy coś zrobić! – rozłożyłem dłonie.

– Czarny ma rację – poparł mnie Kisiel. – Chodźcie!

Truchtem ruszyliśmy przed siebie. Musieliśmy wyglądać nieco dziwacznie, bo niektórzy ludzie zwrócili na nas uwagę, ale w ogóle na to nie zważałem. Chciałem jak najszybciej dotrzeć do dawnego Domu Partii.

Minęliśmy opuszczony budynek kina „Roma”, przelecieliśmy przez ulicę (na czerwonym! Mamo – przepraszam!) i zostawiliśmy za sobą stację benzynową. Dom Partii stał kilkanaście metrów dalej. Niewzruszony i cichy – tak jakby w ogóle nie był istotny w całej tej sprawie.

Zatrzymaliśmy się za wyłomem muru i ciekawie wyjrzeliśmy zza niego – przed wejściem nie było ani żywej duszy. Podkradliśmy się bliżej. Baśka przykleiła nos do desek, które zastawiały wejście. Przez kilka sekund wpatrywała się w szczelinę między nimi. Potem, ostrożnie odstawiła jedną z nich i wsunęła głowę do środka.

– Nikogo nie ma – zdziwiła się, odwracając twarz w naszym kierunku.

– Wejdźmy – zaproponowałem.

Wśliznęliśmy się do pustego holu, zastawiając wejście na powrót tą samą deską. Rzeczywiście – nie zastaliśmy tu ani stróża-bandyty, ani nikogo innego. Czyżbyśmy zdążyli przed nim? Przecież to niemożliwe! Facet płynął motorówką i zanim wyswobodziliśmy się z tej piekielnej wieży, to on już pewnie dawno powinien tu być. Coś było nie tak.

– Nie ma go – skwitował Kisiel.

Tak jakbyśmy sami tego nie widzieli.

– Co robimy?

Podszedłem do cokołu z popiersiem Dzierżyńskiego. Zauważyłem, że nie jest już taki zakurzony, jak wtedy, gdy oglądałem go razem z Barszczem. Znaczy, że ktoś musiał przy nim majstrować. Dokładnie obejrzałem cały postument – ze wszystkich stron. I figurę – także. Ale nie znalazłem tam nawet śladu „skarbu”, że o jakiejkolwiek wskazówce nie wspomnę. Żadnego napisu, rysunku, ukrytego schowka. Jednak „oczyszczony” i cokół, i wizerunek brodatego mężczyzny, świadczyły o tym, że ktoś tu niedawno był.

Podzieliłem się tą myślą z pozostałymi członkami klubu Herkulesa.

– Skąd wiesz? – zapytał Kisiel.

– Widzę…

– To może jeszcze wróci! – przerwała mi Kaśka.

Nawet nie spodziewała się, jak prorocze będą jej słowa. Usłyszeliśmy, jak coś zaszurało przy wejściu i jedna z desek huknęła o chodnik przed budynkiem. Pociągnąłem kumpli ku najbliższemu pomieszczeniu. Na nasze szczęście nie było zamknięte. Schowaliśmy się w nim, bezszelestnie przymykając za sobą drzwi. Zostawiliśmy jedynie wąską szczelinę, żeby móc obserwować stróżabandytę.

Mężczyzna przytaszczył ze sobą metalową skrzynkę, pełną różnorakich narzędzi, wśród których dostrzegłem wielki młotek i czarnozieloną wiertarkę. Rozwinął przewód od tej właśnie wiertarki i wzrokiem poszukał kontaktu. Wsadził do niego wtyczkę i nacisnął „spust” urządzenia. Ale wiertarka nawet się nie obróciła.

– Psiamać! – zakrzyknął. – Pewnie korki albo prąd odłączony, do cholery!

Rzucił urządzenie w kąt i złapał za młot. Popluł w dłonie i zamachnął się w stronę popiersia. Huknął najpierw dwa razy z lewej, potem raz z prawej strony i podszedł do rzeźby.

– Trzymasz się, gnojku – powiedział do Dzierżyńskiego. – Ale czekaj. Już ja cię załatwię!

Ponownie zaczął okładać młotem niewzruszoną figurę. Drobinki odpryskiwały na wszystkie strony. Poczułem stuknięcie w plecy. Obróciłem się.

– Co robimy? – wyszeptała Baśka.

Nie odpowiedziałem i rozejrzałem się po pomieszczeniu.

– A gdzie my właściwie jesteśmy? Co tu jest?

Nasze oczy już dosyć dobrze przyzwyczaiły się do panującej ciemności, wiec bez trudu rozpoznawaliśmy konkretne kształty. Szpara w drzwiach dawała skąpą ilość światła, ale dostrzegliśmy rządek czerwonych i biało-czerwonych sztandarów z okrągłymi drzewcami, starą mównicę, kilka roztrzaskanych obrazów, na których nieme twarze spokojnie patrzyły gdzieś w dal oraz stos poskręcanych… sznurków? Byliśmy chyba w jakimś magazynku, czy w czymś na kształt składowiska różnych przedmiotów.

– Co to jest? – wskazałem na linki.

Podeszliśmy z Kisielem i złapaliśmy za przeciwległe brzegi tego czegoś. Okazało się, że końce zabezpieczone są drewnianymi listwami, a dalej linki chodziły się do jednego miejsca, gdzie zamontowane było metalowe kółko.

– Ja wiem – ożywiła się Kaśka. – To jest hamak. Taki, co to się wiesza między drzewami i można się zrelaksować.

– Chyba nawet kilka hamaków – spojrzałem pod spód.

Istotnie. Na podłodze leżała cała sterta linkowych łóżek. Mężczyzna nie przestawał walić młotem po popiersiu Dzierżyńskiego i wówczas przyszedł mi do głowy genialny pomysł.

– Słuchajcie – przygarnąłem przyjaciół. – Możemy go obezwładnić.

– Czarny, ty to jak już coś powiesz…

– Cicho. Jest szansa…

– Ale jak?

– Z jednego z tych hamaków wysupłamy linkę i spleciemy bokami dwa takie relaksujące łóżeczka. W ten sposób przygotujemy coś, jakby sieć. Facet jest tak zajęty swoją robotą, że cichcem wyjdziemy z magazynku i zarzucimy na niego nasze hamaki. Jest nas czworo – powinno się udać. Widziałem taki numer na „Krzyżakach”. Jak ktoś jest oplątany siecią, to nie ma szans się ruszyć. Powinno się udać. Co wy na to?

– No… – zaczął niepewnie Kisiel.

– Dobra – skwitowała Baśka. – Ja w to wchodzę. To jest jakiś pomysł.

– Ja też – poparła ją siostra.

– Spoko – Paweł wzruszył ramionami. – Jak wy, to i ja. Co mamy robić?

– Złap za jeden z tych hamaków i wymontuj długą linkę. My w tym czasie przygotujemy dwa następne. Chodźcie, dziewczyny.

Jak powiedziałem, tak zrobiliśmy. Niemal bezszelestnie ułożyliśmy dwa hamaki obok siebie i związaliśmy ich boki sznurkiem, przygotowanym przez Kisiela. Trzymały się dosyć mocno. Z końców hamaków wyjęliśmy też drewniane listewki, żeby łatwiej było posługiwać się naszą „siecią”. Wziąłem głęboki oddech i przetarłem spocone czoło.

– Podzielimy się na dwie grupy – zakomenderowałem. – My z Baśką po lewej, a wy po prawej stronie – skinąłem na Kaśkę i Kisiela.

To dziwne – pomyślałem. – Ale w takich samych parach płynęliśmy kajakami. Ujęliśmy brzegi prowizorycznej sieci i podeszliśmy do drzwi, za którymi nadal słychać było łomot młota.

– My z Pawłem zarzucimy na niego sieć, a wy w tym czasie podbiegniecie z drugiej strony i przytrzymacie przeciwległe końce. Spróbujemy go przewrócić i chociaż trochę zrolować. Zrozumiano?

Skinęli głowami, że tak.

Najciszej, jak się tylko dało, wyszliśmy z pomieszczenia. Stróż był tak zaabsorbowany demolką, że niczego nie zauważył. Dzierżyński stracił już porządny kawał brody, nos i jedno ucho. Dostrzegłem też sporą wyrwę w okolicach prawego oka, a na ziemi leżało mnóstwo kamiennych okruchów.

Zrobiliśmy jeszcze ze dwa kroki do przodu i krzyknąłem:

– Teraz!

Nie spodziewałem się, że pójdzie nam tak dobrze. Zarzucona przeze mnie i Kisiela hamakowa siatka spadła na plecy i głowę mężczyzny dokładnie wtedy, gdy Góreckie podbiegły i złapały ją z drugiej strony. Rzuciliśmy się na faceta, który wypuścił z ręki młotek i upadł na prawo. Potrącił tym samym mojego kumpla. Paweł, odrzucony do tyłu, przewrócił się na plecy, ale zaraz podskoczył, żeby pomóc mi przytrzymać bandytę w sieci.

Jednak największym zaskoczeniem było to, kiedy pomiędzy oczkami związanych hamaków pojawiła się jego ręka, a na jej końcu… znajomy już pistolet.