Fragment książki (III)

„Czarny Maciek i tunel grozy”


Długopis

– To chyba nie powinno być specjalnie trudne! – stwierdziłem, gdy w komplecie wparowaliśmy do pokoju zajmowanego przez naszego wychowawcę.

Mówiąc „komplet”, miałem na myśli siebie, Kisiela, Baśkę i Kaśkę oraz Piaska.

– Siadajcie – wskazał na krzesła i łóżko.

Przysiedliśmy i zapadła całkowita cisza. Patrzyliśmy na siebie. Nikt się nie odzywał. Pierwsza wyłamała się Baśka.

– Musimy dokładnie zbadać wszystkie ślady i poszlaki.

Powiedziała to w taki sposób, jakby przez całe życie nic innego nie robiła, tylko badała „ślady i poszlaki”. I ten jej akcent! Powinna zagrać w jakimś filmie. Albo przynajmniej w teatrze. Ale czy normalni ludzie chodzą jeszcze do teatru? Więc żeby zobaczyć Górecką w życiowej roli gliniarza, trzeba by ją raczej zatrudnić w serialu.

– Obyśmy tylko ich nie zatarli – zmartwił się Piasek.

– Spoko, spoko – odparłem, otrząsając się z niedawnych rozważań na temat teatru.

– Co macie na myśli?

– Obszar jest raczej zamknięty, tak?

– No… Dla Maksa… raczej tak – potwierdził flegmatycznie, jakby przeczesywał w pamięci teren zamku i jego otoczenia.

– Grupa osób także?

– Tak. Jesteście tylko wy i…

– Ślady – kontynuowała Baśka – jeżeli takowe istnieją – muszą być bardzo konkretne. Max to nie pudełko zapałek, które można schować do kieszeni. Myślę, że trzeba bardzo dokładnie przeszukać zamek, a potem podpytać obsługę hotelu. Ktoś musiał coś zauważyć.

– Ale co?

– Nie wiem. Może ktoś podejrzany się tu kręcił, a może to tylko głupi żart?

– Żart?

– Tak, może ktoś ukrył gdzieś Maksa? Może go wcale nie ukradli?

– Musimy od czegoś zacząć, musimy mieć jakiś punkt zaczepienia.

– Choćby coś drobnego – dodała Kaśka.

– Wydaje mi się, że ja już mam – odezwał się Kisiel.

Wszystkie oczy skierowały się na niego.

– Na początku wydawało mi się, że to nic ważnego, ale na korytarzu znalazłem to.

Sięgnął do jednej ze swoich przepastnych kieszeni i wyciągnął długopis. Dla ścisłości – był to zwykły, plastikowy długopis, z pstrykającym mechanizmem „spustowym”. I tylko jedna rzecz była w nim nietypowa. Był złamany. W miejscu, gdzie normalnie można go rozkręcić, żeby wyjąć i wymienić wkład, miał wyraźnie pękniętą obudowę i był skrzywiony. Czarny, złamany długopis.

Podrapałem się w głowę. Wyglądało na to, że Kisiel narazi się na śmiech pozostałych osób, ale nie. Uważnie przyjrzeliśmy się znalezionemu długopisowi. Czarna obudowa, granatowy wkład i srebrne wykończenia – nic specjalnego.

– Gdzie dokładnie go znalazłeś? – zwróciłem się do kumpla.

– Przecież już mówiłem. Na korytarzu, a ściślej biorąc – przed wejściem do restauracji.

– A kiedy to było?

– Zaraz po obiedzie. Pamiętasz, Czarny? Zanim tu przyszliśmy, poleciałem jeszcze do restauracji, bo…

– …bo zapomniałeś plecaka! Pamiętam.

– Właśnie. Zostawiłem go pod krzesłem… Potem ta afera z Maksem… Zupełnie wyleciało mi z głowy. No i kiedy poszedłem po plecak… Długopis leżał w korytarzu, ale bliżej przejścia do dalszej części zamku.

– Czyli przy wejściu do drugiego skrzydła?

– Tak.

– Chodźmy do recepcji – zaproponowałem. – Zapytamy, czy to ich długopis. Przy okazji może dowiemy się czegoś… ciekawego?

– Wszyscy mamy iść? – zapytał Piasek.

– A czy mamy coś jeszcze dzisiaj w planie?

Odmownie pokręcił głową.

– Więc jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu, to nasza paczka rozejrzy się po zamku. Spróbujemy pogadać z obsługą…

– Chcecie się pobawić w detektywów? – Skrzywił się niepewnie.

– Tak – odparłem prędko. – Możemy to nazwać zabawą. Ale zanim wezwiemy policję i zrobi się nieziemski kwas, spróbujemy znaleźć naszego elektronicznego kolegę. Może chociaż wpadniemy na jakiś konkretniejszy ślad…

– Pod jednym warunkiem – zastrzegł.

– Słuchamy.

– Nie zrobicie żadnego głupstwa.

– O to może pan być spokojny.

– W porządku. Tymczasem my z panem Barszczykowskim omówimy, co robić dalej. Bo jeżeli rzeczywiście ktoś ukradł Maksa…

Spojrzałem na Pawła i na bliźniaczki. Kiwnęli głowami. Nie czekaliśmy dłużej.

Ruszyliśmy do recepcji, zostawiając mężczyzn w pokoju naszego historyka. Za pulpitem nie zastaliśmy jednak sympatycznej pani.

– Słuchajcie – zagadnąłem. – Musimy z nimi rozmawiać w taki sposób, żeby się nie skapnęli, że coś jest nie tak. Wiecie…

– To znaczy, z kim? – zapytał Kisiel.

– O rany. Jasne, że z obsługą.

– Mhm. Masz rację – poparła mnie Kaśka.

– Tylko jak my to zrobimy? – zapytała jej siostra.

– Spoko. Coś się wymyśli.